Przyszła jesień, dni są coraz krótsze, zresztą coraz
bardziej zlewają się z nocą. Około południa tylko na chwilę poszarzało, żeby za
moment na powrót wszystko zostało ogarnięte przez ciemność. Chłód na dworze nie
sprzyja jakimś dłuższym spacerom. Nic więc dziwnego, że ogarnia mnie
melancholia, nie pozwalająca się skupić na wielu przecież czynnościach, jakie
zaplanowałem sobie na ten koniec tygodnia. Pracy jest przede mną dużo, ale w
moim umysłem zawładnęły wspomnienia, jak co roku zresztą o tej porze.
Wspomnienia są cudowną rzeczą, które, jak to kiedyś powiedział pewien pisarz,
nie pozwalają się człowiekowi nudzić, pozwalają za to odkrywać samego siebie.
Bo czymże byśmy bez nich byli? Albo inaczej postawię pytanie, czymże jesteśmy
jak nie właśnie wspomnieniami? Zostaliśmy wyrzeźbieni przez przeszłość i
chociaż przed nami jest tylko przyszłość, to właśnie to, co wydarzyło się w
naszym życiu kiedyś, stanowi o nas samych. Dobrze, że są takie dni jak dzisiaj,
że człowiek zaczyna patrzeć na swoje życie retrospektywnie. Nie mówię tutaj, że
powinno się patrzeć na swoje życie tylko i wyłącznie w ten sposób, bo jakby tak
robić, to by w przyszłości nie można było wspominać tego, co jest dzisiaj. Nie
mniej jednak, potrzebna jest taka refleksja nad sobą samym, nad swoimi dawnymi
znajomościami, często przyjaźniami, nad wspólnie przeżytymi chwilami.
Patrzę tak teraz za okno w dal, na skarpę warszawską, nie widząc już nawet
zatopionego w jesiennym mroku horyzontu i myślę, i wspominam o tych dawnych, a
jednak znowu nie aż tak odległych czasach. Kiedy to było? Raptem pięć, czy
sześć lat temu. W życiu moich rodziców to pewnie tylko niezauważalna chwila,
ale w moim przypadku jest to czwarta część życia. Ciekawe to były czasy, jakże
często inni wtedy byliśmy, chociaż może ciągle tacy jesteśmy, tylko boimy się
do tego przyznać? O tym, co tutaj się działo, można by nakręcić niejeden film, napisać
książkę. Warto o tym pamiętać, chociaż ta rzeczywistość już nas nie dotyczy,
mimo, że w dużej części nas ukształtowała.
Warto o tym pamiętać i warto to wspominać, bo daje to wielką przyjemność, a
poza tym wspomnienia są cząstką nas samych.
Z pozdrowieniami dla całej mafii kabackiej :P
Tydzień temu wydarzyła się rzecz, którą trudno było objąć rozumem. Trudno było na nią reagować, niekiedy brakowało słów, żeby ją opisać. Chyba większość z nas przyjęła ją początkowo z wielkim niedowierzaniem, słyszałem, że niektórzy potraktowali ją nawet jako jakiś kolejny kiepski żart na temat Kaczyńskiego. Później, kiedy pokazano w telewizji strzępy samolotu i nie było już żadnych wątpliwości, że to się faktycznie miało miejsce, ogarnęło mnie jakieś dziwne odrętwienie, bo trudno było taką wiadomość w ogóle w jakikolwiek sposób przyswoić. Mimo niezbitych dowodów i oficjalnych informacji, że nikt nie przeżył katastrofy, wierzyłem, że to nieprawda, że ktoś się pomylił, że to niemożliwe, bo takie rzeczy się nie zdarzają. Historia, przynajmniej ta najnowsza, chyba nie zna precedensu, aby w jednym wypadku zginęło tyle ważnych dla życia publicznego osobistości. Po prostu z niejasnych przyczyn nie dopuszczałem tej wiadomości do świadomości.
A jednak to się działo naprawdę. Za chwilę pojawił się czarny pasek z informacją, że „prezydent nie żyje”. Wydało mi się to czymś kompletnie niedorzecznym i w jakimś sensie surrealistycznym. I te później pojawiające się informację, że na pokładzie oprócz prezydenta z małżonką znajdowali się dowódcy wszystkich rodzajów sił zbrojnych, prezes IPN, prezes NBP, Rzecznik Praw Obywatelskich, kilkunastu posłów i senatorów z różnych klubów, w tym jeden kandydat na prezydenta. Lista ta robiła się coraz dłuższa, a wraz z nią rosło moje niedowierzanie, że to się dzieje naprawdę. Przecież zginęła niemal cała kancelaria prezydenta wraz samym prezydentem i przedstawicielami innych ważnych urzędów.
Wieczorem pojechałem do katedry polowej, aby pomodlić się za tragicznie zmarłych i mimo, że jechałem tam już ponad dziewięć godzin po katastrofie, to ciągle nie wierzyłem w to, co wydarzyło tego dnia, który zupełnie inaczej sobie zaplanowałem, zresztą chyba jak każdy inny. Wyszedłem z metra, szedłem Długą, a tam pierwsze uderzenie – znicze i księga kondolencyjna przed siedzibą RPO. „O co chodzi? Ale po co to? Faktycznie! Przecież i on dzisiaj zginął! Zapomniałem…”. Tłumy w katedrze polowej, tłumy przed katedrą warszawską, na placu Zamkowym, przed pałacem Namiestnikowskim. „No tak! Przecież zginął prezydent!”. Ale później wdałem się w jakąś rozmowę ze znajomymi, rozmawiałem o rzeczach codziennych. Po niedługim czasie przechodziliśmy obok siedziby NBP, a tam znowu księga i znicze. „I on również!”. Po czym znowu wdałem się w jakąś dyskusję, chyba o Warszawie, czy uczelni, już nie pamiętam. Przechodzę obok Parlamentu, a tam znowu dywan ze zniczy, zdjęcia posłów, którzy tego ranka zginęli pod Smoleńskiem, później pod siedzibą MSZ, a na końcu pod Sztabem Generalnym. Przeszedłem prawie całe Śródmieście, minąłem te wszystkie miejsca, które były związane z ofiarami katastrofy, a ja dalej rozmawiałem o uczelni, znajomych i innych zupełnie normalnych, codziennych rzeczach. Po prostu w dalszym ciągu to do mnie nie docierało, miałem wrażenie, że za chwilę się obudzę. Całą noc spędziłem pijąc herbatę przy oknie w kuchni i słuchając muzyki klasycznej na stacji radiowej zwykle puszczającej muzykę rozrywkową i znowu rozmawiałem o problemach dnia codziennego. Siedziałem w kompletnym otumanieniu aż do świtu, kiedy położyłem się spać, ciągle nie wierząc w to, co się wydarzyło.
Przez chwilę, gdy się obudziłem, to wydawało mi się, że właśnie jest sobota rano, że właściwie wszystko to było jakimś kiepskim snem, tyle że niezwykle realistycznym. Ale niestety rodzice wychodzili już do kościoła, znakiem czego była to jednak niedziela, a soboty wcale nie przespałem, tylko działa się ona naprawdę, bo w telewizji ciągle mówili o tej tragedii. I jakiego programu bym nie włączył, to tam ciągle albo łączyli się ze Smoleńskiem, albo z Krakowskim Przedmieściem, albo wspominali z gośćmi w studiu ofiary wczorajszego wypadku.
Zacząłem tak bardziej osobiście, bo myślę, że większość z nas została w mniejszym lub większym stopniu poruszona tą wiadomością, że większość z nas miało związane z nią jakieś przemyślenia, i ciągle je ma. Kilkanaście, albo i więcej razy w roku rozbija się jakiś samolot pasażerski i w tych wypadkach giną setki ludzi. Często już nawet nie zwracamy większej uwagi na tego typu wiadomości. Katastrofa, która miała miejsce pod Smoleńskiem jest jednak, w jakiś sposób inna niż pozostałe. Należy ją rozpatrywać wielowymiarowo, nie da się jej skomentować kilkoma zdaniami. W tej jednej katastrofie zginęli oczywiście przede wszystkim ludzie, ale to nie byli zwyczajni szarzy obywatele, tylko jak już wspomniałem, przedstawiciele jednych z najwyższych urzędów w Polsce, główni działacze największej partii opozycyjnej, zresztą każda z partii poniosła dotkliwą stratę. Zginęli najważniejsi generałowie Wojska Polskiego oraz, i to chyba zelektryzowało wszystkich w największym stopniu, było niebyło pierwszy obywatel Rzeczypospolitej, jej Prezydent. Ich śmierć niesie ze sobą szereg implikacji, które nie pozostaną bez wpływu na życie publiczne w Polsce. Padały słowa o pojednaniu polsko-polskim, o przewartościowaniu celów politycznych w naszym kraju.
Jednak z drugiej strony tłumy na ulicach, które wyległy na ulice by oddać hołd ofiarom porównywano do tych sprzed pięciu lat, po śmierci Jana Pawła II. Przywoływano fakt, że wówczas również prowadzono dyskusje o tym, na ile ta śmierć zmieni Polaków i że właściwie w ogóle nas niczego nie nauczyła. Moim jednak zdaniem trudno czynić takie porównania, bo wtedy zmarł człowiek, który dla wielu był autorytetem, ale był już w mocno podeszłym wieku, żył daleko za granicą i nie oglądaliśmy go na co dzień. A tu zginęli ludzie, których codziennie widzieliśmy w telewizji, w różnych sytuacjach, mniej lub bardziej dla nich korzystnych, wielu ludzi się z nimi identyfikowało, były to osoby na bieżąco uczestniczące w życiu publicznym. Poza tym, ich śmierć w o wiele większym stopniu dotknęła polityków niż śmierć Papieża, z prostego powodu, że ich osobiście znali, byli ich przyjaciółmi lub rywalami politycznymi, widzieli się na co dzień. Mogło to dawać nadzieję, że teraz faktycznie mogą zajść jakieś zmiany na naszej scenie politycznej, że w końcu politycy bardziej dojrzeją, przejrzą na oczy i zobaczą ile warte są te ich wojenki o każdy najmniejszy drobiazg, wobec kruchości ludzkiego życia.
Mamy jednak piątek, trwa żałoba, nie zdążył jeszcze minąć tydzień, a pojawiają się nowe kłótnie, zaczynają padać różnego rodzaju inwektywy. Póki co, pochodzą one nie od osób, które miały najbardziej osobisty związek z ofiarami sobotniej katastrofy. Padają one ze strony bardziej niszowych polityków oraz chyba z jednego z największych źródeł wszelkich sporów trawiących nasze życie publiczne – od dziennikarzy.
Tak, to właśnie oni, nawet nie politycy, są powodem tej atmosfery permanentnych kłótni. Już dawno miałem o tym napisać, ale ciągle to odkładałem. Jednak teraz widzę, że trzeba w końcu zacząć diagnozować ten problem. Czasami mam wrażenie, że jest to jedna z tych grup zawodowych, które są najgorzej przygotowane do pełnienia swojej pracy. W tej ciągłej pogoni za sensacją już dawno zapomnieli o czymś, co nazywa się rzetelnością dziennikarską. Chyba wyrazy rzetelność i prawdomówność w ogóle nie występuje w ich słowniku. O zwykłej przyzwoitości już nawet nie chcę wspominać. Dlaczego akurat teraz o tym piszę? Bo jeszcze nie zdążono sprzątnąć resztek wraku samolotu, a oni znów zaczęli nagonkę, a przoduje w tym tzw. telewizja publiczna. Z publicznością to ona ma chyba tylko tyle wspólnego, że jest najszerzej dostępna. W jakim oni celu atakują oni teraz rząd? W czym to ma pomóc? Tusk, czy Komorowski, to są chyba te osoby, którym najbardziej dzisiaj współczuję, zaraz po rodzinach ofiar tragedii oczywiście. Już trzeba było skrytykować pierwszą decyzję Komorowskiego, że nie takiego szefa kancelarii prezydenta wybrał, że nie konsultował z PiSem, że mógł wziąć kogoś z najbliższego otoczenia tej partii, żeby zrobić „gest”. Po co Zaremba wygaduje takie rzeczy? Przecież to chyba oczywiste, że Komorowski zatrudnia ludzi, których zna, którzy i tak są już możliwie najbardziej neutralni, aby nikogo nie drażnić. Nie, ale pan Zaremba jest „mondrzejszy”, on wie lepiej jak to wszystko teraz skoordynować, rządzenie państwem z pozycji dwóch stanowisk na raz z koordynacją kalendarzy włącznie jest przecież drobnostką. Przecież ten człowiek nie ma w tej chwili ani chwili wytchnienia, a ciągle pada ofiarą różnego rodzaju oszczerstw. Dzisiaj matka dzwoniła do rodziny na wieś, gdzie ludzie mający jedynie dostęp do mediów publicznych i radiomaryjnych też już uważają Komorowskiego za diabła wcielonego. Pozostali dziennikarze upatrzyli sobie inny cel, może niekoniecznie aby obrażać polityków, tylko aby sobie trochę podzielić społeczeństwo, co by nad Wisłą zbyt nudno nie było. Tak więc wicenaczelny „Faktu”, niejaki pan Warzecha na fali ogólnego entuzjazmu osobą Lecha Kaczyńskiego, rzucił pomysł nazwania Stadionu Narodowego jego imieniem. Po co ten pomysł? Co autor miał na myśli? Żeby znowu ludzie zaczęli się kłócić? I przy okazji stawia się właścicieli stadionu w bardzo niezręcznej sytuacji, bo zarówno jeśli spełni się cudowny pomysł pana redaktora,i jeśli się go nie spełni, wywoła to sporo kontrowersji i znowu pojawią się kolejne kłótnie.
Właśnie, przy tej okazji chciałem poruszyć kolejną kwestię, jaka wynikła w czasie ostatniego tygodnia. Otóż właściwie w jednej chwili okazało się, że Lech Kaczyński, to był właściwie cudownym człowiekiem! Przedtem był politykiem z jednym z największych negatywnych elektoratów, a teraz niemalże Santo subito! Oczywiście, de mortibus aut bene aut nihil, ale tu się zaczynają dziać jakieś niewiarygodne rzeczy. Ach, te umiłowanie naszego narodu w skrajnościach! Hipokryzja straszna. I owszem, i ja płakałem, bo zginął mój prezydent, który był prawdopodobnie prywatnie bardzo ciepłym człowiekiem, ale nie zmienia to mojego zdania, że urzędu tego dobrze nie sprawował, że moim zdaniem w wielu kategoriach był on prezydentem kiepskim, nawet z wielu obiektywnych względów. Nie róbmy więc z niego niewiadomo jakiego męża opatrznościowego, któremu Polska zawdzięcza swoją pozycję na świecie. Wiem, że jest dopiero krótko po jego śmierci i wieloma wypowiedziami ludzi rządzą emocje, ale trochę mnie niepokoi ten kult, który zaczyna się wokół niego rozwijać. Zauważmy, że gdyby zmarł śmiercią naturalna, to najprawdopodobniej zdecydowanie mniej osób by tak mocno za nim tęskniło. Nie róbmy z niego wielkiego męczennika za naród tylko dlatego, że zginął w katastrofie lotniczej. W moich oczach wcale nie czyni go to lepszym. Tragedią jest moim zdaniem to, że Marta straciła oboje swoich rodziców, że Jarosław stracił swojego brata, że Polska straciła prezydenta, ale nie to, że Polska straciła wybitnego polityka, który zbudował nową lepszą Polskę. Moim zdaniem ważne jest to, aby oddzielić Lecha Kaczyńskiego męża, ojca i przede wszystkim człowieka, od Lecha Kaczyńskiego polityka, który zginął w głupi sposób. Nie jest to proste, bo cała ta tragedia nie jest jednowymiarowa. Ale nie kłóćmy się nad trumną, niechaj spoczywa w pokoju...
W tym miejscu chciałem wspomnieć o jeszcze jednej konsekwencji całego tego zdarzenia, rzecz, która chyba ze wszystkich najmilej mnie zaskoczyła. Mam na myśli reakcję Rosji, czy to jej najwyższych władz, czy to pojedynczych, zwykłych ludzi. To, jak się zachowali wzbudza mój najwyższy szacunek. Oczywiście, musieli jakoś zareagować na tę katastrofę, ale działania, które podjęli przerosły moje najśmielsze oczekiwania, i nawet jeżeli niektóre z nich miały być jedynie gestami. Bo w historii między naszymi krajami zawsze brakowało tego rodzaju gestów, takich zwykłych odruchów ludzkich. Nagle się okazało, że „generał” Putin też potrafi się wzruszyć, że Miedwiediew wystosował do Narodu Polskiego specjalne orędzie. To, z jakim szacunkiem odnieśli się w stosunku ofiar, a w tym do nie lubianego przecież specjalnie na Kremlu Lecha Kaczyńskiego, zasługuje na największe uznanie. Podkreślam, nawet jeżeli to były tylko gesty, bo takie gesty pozostają w pamięci na długo. Mam nadzieję, że ta tragedia pozwoli otworzyć jakiś nowy rozdział w stosunkach między naszymi krajami. Nie wszystko od razu, ale małymi krokami trzeba budować porozumienie. Nawet w przemówieniu, które Kaczyński miał wygłosić w lesie katyńkim, pojawiły się słowa o potrzebie pojednania między Polską a Rosją. Oczywiście już zdążyli pojawić się różnego rodzaju specjaliści, typu pan Górski (niestety pupilek mojego proboszcza, nad czym szczerze boleję), którzy twierdzą, że istnieje domniemanie, graniczące z pewnością, iż w tym wypadku maczali palce Rosjanie. Zresztą sami to sobie przeczytajcie, moim zdaniem jakikolwiek komentarz jest zbędny: http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=tk&dat=20100412&id=tk17.txt
Na koniec tego chyba najdłuższego wpisu na moim blogu chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej kwestii, a mianowicie miejsca pochówku pary prezydenckiej. Decyzja dosyć kontrowersyjna, ale ja akurat nie mam zamiaru jakoś za bardzo z nią dyskutować, mimo że jak wiadomo nigdy nie należałem do wielkich zwolenników Pana Prezydenta. Wprawdzie moim zdaniem lepszym miejscem byłaby Świątynia Opatrzności, bo wtedy istniałaby jakaś logiczna ciągłość, że na Wawelu są pochowani władcy I Rzeczpospolitej, w Katedrze Warszawskiej II Rzeczypospolitej, a w Świątyni Opatrzności III Rzeczypospolitej, ale skoro już podjęto taką decyzję (co ciekawe nikt się nie chce do niej teraz przyznać), to może być i na Wawelu. Byleby być tylko konsekwentnym i pochować tam wszystkich pozostałych prezydentów. No, może za wyjątkiem Jaruzelskiego.
skomentuj (24)
Tak, dzisiaj był ważny dzień. Władze miasta pokazały, że dotrzymują słowa i skończyło się dzisiaj bezprawie na placu Defilad, które trwało od jakiś 20 lat, no może 10, ale na pewno od pół roku, ponieważ na początku tego roku formalnie kupcy handlowali na placu nielegalnie. Mimo, że miasto toczyło z nimi negocjacje, oferowało im różne lokalizacje na które mogliby się spokojnie przenieść, to kupcy, a właściwie zarząd KDT i jego poddani, twardo obstawiali przy swoim i nie zgadzali się na żadną inną opcję. Satysfakcjonowało ich jedynie pozostanie w tym samym miejscu gdzie byli, bez wykupywania działki, bezprawnie, całkowicie za darmo, w samym centrum miasta, gdzie grunty są najdroższe. A ja pytam - dlaczego?
Muszę przyznać, że to jest wyjątkowo zachłanne podejście. To tak jakbym ja rozłożył leżak w centrum Warszawy i zażądał, aby miasto oddało mi zajmowaną przeze mnie działkę. Albo jakbym wynajmował mieszkanie na jakiś okres, po którego upłynięciu zażądałbym od właściciela przedłużenia najmu, a gdyby ten odmówił i kazał mi się wynosić, to był mu je zdemolował i jeszcze chciał, żeby mi znalazł nowe lokum. Ot taka moralność tych ludzi.
Oczywiście w mediach przedstawiani są jako niewinne ofiary bezdusznej administracji miejskiej.
Ale na to, co się dzisiaj działo... to mi po prostu brakuje słów... Mnie się w głowie nie mieści, jak matka może wnosić półtoraroczne dziecko do hali, a później krzyczeć, że bezduszna policja krzywdzi jej dziecko? Czy ona ma toster zamiast mózgu? A może nie jest matką? Bo która normalna matka postąpiłaby w ten sposób, narażając dziecko na pewne niebezpieczeństwo? Ci ludzie, to po prostu fanatycy, są nieobliczalni... Widziałem jak dziarski dziadek wyrywał płyty chodnikowe i rozbijał je na małe kawałki, by rzucać nimi w policję i przy okazji w innych ludzi. Widziałem jak ludzie skakali po dachu narażając własne życie, jak inny zarzekał się, że z dachu skoczy, jak zwyzywano policję, niemalże prosto w twarz, a ta nie mogła nic na to zrobić... Dzicz, kompletna dzicz. Mam nadzieję, że miasto skrupulatnie wyliczy im koszty całej operacji, bo policję, to ściągano z kilku miast, z Łodzi, Bydgoszczy, Płocka i Radomia.
Jednak muszę również dodać, że nie jestem przeciwnikiem kupców jako takich, nawet nie jestem przeciwnikiem tych konkretnych kupców z KDT. Chciałbym, żeby uczciwie zarabiali na życie, z naciskiem na słowo uczciwie.
Witam po długiej przerwie. Mam nadzieję, że istnieją jeszcze jacyś ludzie, którzy co jakiś czas zaglądają na mojego bloga z nadzieją, że coś na nim w końcu napiszę. Ku ich uciesze zebrałem w końcu w sobie wszystkie siły, aby pozajmować parę dodatkowych kilobajtów na serwerze moimi wypocinami. Ale do rzeczy.
Tym razem notka nie będzie traktować na tematy polityczne, ani społeczne. Zdecydowałem się na jedną z form wypowiedzi tekstowej, jaką mają do wyboru abiturienci zdający rozszerzoną maturę z angielskiego, czyli na recenzję filmu.
Wczoraj zdecydowałem się, po raz pierwszy od jakiś dwóch miesięcy, wybrać do kina. Nie zaglądam tam zbyt często z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze, jako przygnieciony nadmiarem pracy student eSGieHu, nie mam na takie rozrywki zbyt dużo czasu*. Drugim powodem są kwestie finansowe. Po prostu nie lubię być okradany z moich pieniędzy, co się niestety dokonuje przed kasą w kinie. 17 zł jest moim zdaniem ceną co najmniej zawyżoną, dlatego nie ma się co dziwić, że Torrenty są tak popularne...
Jednak wróćmy do tematu, jakim jest recenzja filmowa.
Po opłaceniu haraczu w kasie kinowej poszedłem na seans szeroko reklamowanej "Wojny polsko - ruskiej" w reżyserii Masłowskiej, która jest jednocześnie autorką książki na której ten film bazuje. Czytając recenzje na jego temat dowiedziałem się, że jest on dosyć absurdalny w formie i treści, co mnie jako fana filmów Koterskiego, mocno zachęciło do jego obejrzenia.
Film generalnie przedstawia życie codzienne bezmózgiego ćpuno-dresa o ksywie "Silny", granego przez, nota bene świetnego w tej roli, Borysa Szyca. Nie wnikając głębiej w treść filmu, jestem nim dosyć zawiedziony. Niestety nie spełnił on moich oczekiwań i to z wielu powodów.
Po pierwsze, zbyt mocno została w nim przekroczona granica absurdalności, dosadności i wulgaryzmów. Wiem, że wulgaryzmy są ostatnio bardzo w modzie nawet na najwyższych szczeblach życia kulturalnego, ale tutaj ich ilość jest zbyt duża.
Po drugie, słyszałem, że wiele osób porównuje ten film do "Dnia świra" Koterskiego, jako, że porusza różne absurdalne aspekty z życia codziennego i jest utrzymany w podobnym, prześmiewczym tonie. Jednak przykro mi, moim zdaniem ten film nijak pozostaje do "Dnia świra", nota bene jednego z moich najbardziej ulubionych polskich filmów. Jest tak głównie dlatego, że nie zostały w nim zachowane proporcje pomiędzy absurdem, a rzeczywistością. W pewnym momencie w ogóle nie wiadomo o czym ten film w ogóle jest i gubi się jakikolwiek jego sens.
Po trzecie primo, film ten jest zbyt długi, o co najmniej połowę. Biorę też jednak poprawkę na to, że może jestem zbyt płytko myślący, żeby tę drugą połowę zrozumieć. Nie zdziwiłbym się zatem, gdyby dla niektórych kinomanów była to najciekawsza część filmu. Jednakże, żeby umieć ją pojąć trzeba być chyba co najmniej polonistą z wykształcenia. Dla prostego studenta ekonomii jest to jednak zbyt wysoki poziom abstrakcji, dlatego też co chwilę patrzyłem na zegarek nie mogąc się doczekać końca filmu. Kilka razy mało, co nie podniosłem się z krzesła, bo myślałem, że jest już koniec, podczas, gdy się okazywało, że pani reżyser miała w zanadrzu jeszcze kilka "ciekawych" scen.
Poza tym, mam też kłopot z interpretacją tego filmu. Nie wiem, czy mam go odbierać jako komedię, bo było w nim wiele naprawdę zabawnych scen, czy raczej jako dramat o losie narkomana. Do mnie bardziej przemawia ta pierwsza interpretacja, bo główny bohater zdaje się kompletnie nie przejmować swoim losem, mało tego, można odnieść wrażenie, że rzeczywiście lubi swój tryb życia, dlatego tym bardziej trudno jest odczuć jego dramatyzm.
Nie rozumiem również motywu wojny polsko – ruskiej. Ma się wrażenie, że został on wciśnięty w niektórych fragmentach filmu niejako na siłę. Możliwe, że w książce, której – i tu się biję w pierś – niestety (a może i stety) nie przeczytałem, jest to jakoś mocniej podkreślone.
Jednakże, z drugiej strony myślę sobie, że możliwe jest, że jeszcze nie dorosłem do tego filmu, że może on jakoś wykracza poza swoje czasy i nie zdziwiłbym się, gdyby kiedyś trafił do liceów jako lektura, tak jak teraz maturzyści czytają "Ferdydurke" Gombrowicza, która przypuszczam, że w latach 1930 mogła być podobnie odbierana jak dzisiaj "Wojno polsko - ruska". Możliwe, że tak będzie. Jednak w tej chwili bardziej prawdopodobne wydaje mi się to, że jest to zwykły gniot, o którym za dwa, trzy lata niewiele osób, oprócz gorących fanów literatury pani Masłowskiej, będzie pamiętać.
Moim zdaniem jest to fajny film na piątek wieczór, ale nic więcej. Może i jestem ignorantem i nie rozumiem Wielkiej Sztuki, ale mnie ten film się po prostu nie podoba i mnie nie przekonuje..
Chociaż nie. Za jedną rzecz jestem mu wdzięczny. Że zmotywował mnie do napisania na jego temat recenzji :).
*) Achtung! Ironia!
skomentuj (17)
Blisko tydzień temu oczy świata ponownie zwróciły się w stronę Kaukazu, a dokładniej na Gruzję. 8 sierpnia wojska tego kraju ostrzelały wojska rosyjskie stacjonujące w Osetii Południowej, zbuntowanej prowincji Gruzji. Jest to terytorium wielkości powiatu kieleckiego, jednakże stało się zarzewiem niezwykle krwawego konfliktu, którego ofiary wśród ludności cywilnej, jeśli wierzyć rosyjskim agencjom prasowym, liczy się już w tysiącach. Konflikt ten może być jednak bardzo niebezpieczny nie tylko dla tego małego obszaru, nawet nie tylko dla samej Gruzji. Dotyczy on również całej Europy i Stanów Zjednoczonych i to z wielu powodów. Saakaszwili, prezydent Gruzji, jest nastawiony niezwykle prozachodnio. Jego ambicją jest wprowadzenie Gruzji do wspólnot europejskich i do NATO, na co nie może zgodzić się Rosja. Byłby to amerykański przyczółek na Kaukazie, gdzie od setek lat niepodzielnie rządzi Rosja. Jednakże Gruzini są innego zdania i nie chcą żyć ciągle pod okiem Wielkiego Brata.
Problem ten jest niezwykle wysokiej rangi i jego rozwiązanie wymaga niezwykłych umiejętności dyplomatycznych. Przy biernej postawie Zachodu może powtórzyć się druga Czeczenia, jednak zbyt gwałtowna reakcja mogłaby mieć tragiczne konsekwencje, nie wyłączając kolejnej wojny światowej. Na szczęście w tej chwili jest to mało pawdopodobny scenariusz. Nie zmienia to jednak faktu, że w tej chwili przed zachodnią dyplomacją stoi bardzo trudne zadanie. Rosja, a my Polacy doskonale o tym wiemy, jest krajem nieprzewidywalnym. Rozmowy z nią powinny być stanowcze, ale bez poddawania się emocjom.
Rodzi się więc pytanie, jak Polska powinna zareagować na ten konflikt? Prezydent Kaczyński nieraz podkreślał swoje przywiązanie do prezydenta Gruzji i ofiarował mu wsparcie. W sposób szczególny dał temu wyraz wczoraj, lecąc wraz z przywódcami czterech państw Europy Wschodniej do Tbilisi na wiec poparcia dla działań Saakaszwilego. Pewny siebie, w bardzo ostrych słowach skrytykował tam Rosję i zagrzewał do walki z wrogiem. Czy zrobił dobrze? Moim zdaniem popełnił wielki błąd. Wypowiadał się nie jak prezydent średniej wielkości europejskiego kraju o niezbyt silnej gospodarce i jeszcze mniejszym potencjale militarnym, tylko jak przywódca światowego mocarstwa o wielkości co najmniej USA. Wyglądało to dość śmiesznie, ale i niestety żałośnie. Kto będzie słuchał gróźb kraju jakim jest Polska? Nie mówię, żeby biernie przypatrywać się sytuacji w Gruzji, bo to nawet nie sprzyja naszemu interesowi, ale nie sprzyja mu również takie wychodzenie przed szereg z drewnianą szabelką w ręce. Nie odbieram Prezydentowi dobrych intencji, sam w tym sporze popieram Gruzję, ale jestem zdania, że powinniśmy pozostać większymi pragmatykami. Jakie mamy szanse z Rosją? Z tym krajem możemy rozmawiać z pozycji UE, NATO, ale nie z pozycji średniego europejskiego kraju. W takim układzie jesteśmy skazani na porażkę. Jestem jak najbardziej za wspieraniem Gruzji, ale działając w pojedynkę niczego dobrego nie zrobimy. Nawet nie będziemy w tym zauważeni. Specjalnie przeglądałem wczoraj i dzisiaj zagraniczne stacje informacyjne i praktycznie nigdzie nie było mowy o przemówieniu Kaczyńskiego. Nikt nie odebrał słów naszego Prezydenta poważnie.
Trzeba zmienić taktykę działania i współpracować z innymi krajami. Polska powinna aktywnie lobbować w Unii Europejskiej za podjęciem jakiś konkretnych działań, przekonywać, że jest to w interesie całej Wspólnoty. Jednocześnie jej głos nie może być zbyt radykalny, bo ten co głośniej krzyczy wcale nie staje się przez to bardziej przekonywający. Mam przy tym nadzieję, że w tej kwestii Prezydent będzie współpracować z rządem, bo wtedy głos Polski będzie silniejszy i bardziej wiarygodny.
Tak więc działać, ale z rozmysłem, a nie kierując się emocjami.
Uuuła, dawno tutaj nie zaglądałem, blog mi się trochę przykurzył, ale spróbuję go trochę odświerzyć. Napiszę więc notkę, taką, jakbym prowadził pamiętnik, opisującą rzeczywistość, którą teraz przeżywam, rzeczywistość wakacyjną.
Ostatnio doszedłem bowiem do wniosku, dość zresztą oczywistego, że pisanie wzbogaca. Tak, wiem, że nie jest to nic nowego, ale strasznie to zaniedbałem, czego efektem jest to, że nie potrafię sie odpowiednio wyrażać zarówno na papierze jak i w mowie. Czuję się przez to uboższy, uboższy intelektualnie. Mam nieodparte wrażenie, że w tym wieku powinienem pisać bardziej dojrzale, używać bardziej zróżnicowanego słownictwa, posługiwać się środkami stylistycznymi, a tym czasem moja wiedza na temat pisania utknęła gdzieś w głębokim gimnazjum. Jest to pochodna wieloletnich zaniedbań sztuki pisania. Wystarczy przecież przejrzeć wpisy z ostatnich trzech, czterech lat. Powinny przedstawiać rozwój moich umiejętności w pisaniu, a moim zdaniem są raczej obrazem czegoś zupełnie odwrotnego.
W gimnazjum potrafiłem jeszcze opisac jakąś sytuację, opisywać moje wrażenia, później było tego co raz mniej. Natomiast w szkole średniej popadłem w rutynę pisania wypracowan maturalnych, skupiałem się jedynie na tym, by trafić w ten magiczny "klucz", ktory miał otworzyć szansę na dostanie lepszej oceny. To pokazuje jak zły jest ten system, jak ogranicza twórcze myślenie. Moim celem nie było to, żeby moje wypracowanie pięknie brzmiało, tylko, zeby upchnąć w nim jak najwięcej treści i żeby ta treść była dokładnie taka jaką życzyłby sobie nauczyciel. Jest to dla mnie kompletnym absurdem. Już pomijam to, że nigdy w rzeczony "klucz" nie mogłem trafić. Na szczęście na początku maja tego roku po raz ostatni napisałem wypacowanie w tym systemie. Teraz mogę pisać o czym chcę i jak chcę. Czy to wykorzystam? Mam szczerą nadzieję. Myślę, że to miejsce jest doskonałym poligonem doświadczalnym moich umiejętności w tworzeniu tekstów. Oby mi tylko nie zabrakło chęci, mobilizacji i pomysłów. Jednak z pewnością im częściej będę pisał, tym więcej będe miał do powiedzenia. Jest przecież tyle tematów do poruszenia, moje przemyślenia, polityka, moje życie :). Zawsze coś się znajdzie, tylko trzeba mieć wolę pisania.
Miałem pisać o wakacjach, a tym czasem powstała kolejna notka autotematyczna. No trudno. Myślę jednak, że była ona potrzebna, jest jakby moją spowiedzią z tego dlaczego piszę tak, a nie inaczej i zapowiedzią zmiany tego stanu rzeczy. O wakacjach będzie jeszcze kiedy napisać, a tymczasem muszę kończyć, bo szykuję się na kolejny wyjazd :).
skomentuj (0)
Już 8 z 9 matur mam za sobą. W życiu bym nie przypuszczał, że ten czas zleci mi tak szybko. To chyba były jedyne trzy tygodnie w moim życiu, które chciałem, żeby minęły mi jak najszybciej. Najgorszy polski mam już za sobą, a w środę final battle i jadę się upić ze szczęścia.
Jeszcze tylko środa...
Moim zdaniem wycieczka rowerowa jest najbardziej optymalnym rozwiązaniem. Taak, właśnie taak...
skomentuj (0)
Kończy się właśnie kolejny etap mojego życia. Jak ktoś zdążył już policzyć zostało nam 18 dni liceum (wyjąwszy weekendy). Tak... Pamiętam jak wielkie nadzieje wiązałem z pójściem do szkoły średniej. Miałem też wiele obaw co do tego jak sie znajdę w nowej rzeczywistości. Mniejsza o to, nie będę teraz szerzej odtwarzał swoich wspomnień. Jedna tylko rzecz mnie niezwykle zastanawia - jak to możliwe, że te trzy lata tak szybko minęły? Mam wrażenie jakby ten czas przeszedł mi przez palce, że kompletnie go nie wykorzystałem. Przede wszystkim nie umiałem, i co gorsze nadal nieumiem, podejmować ważnych, odważnych decyzji, nie umiałem dokonać w moim życiu przełomu, ktory pozwoliłby mi żyć nowym życiem. To, co pisałem kilka miesięcy temu, że czuję się niezdolny do kreowania mojej rzeczywistości, pozostaje ciągle aktualne. Brakuje mi metodologii działań, nie mam jaśniej określonego pomysłu na życie, ciągle żyję jakimiś złudzeniami. Jednocześnie cały czas mam do siebie o coś pretensje, wyrzuty sumienia. Nie pozwala mi to być spokojnym. Ciągle snuję jakieś koncepcje, które nie mają szans na przetrwanie w rzeczywistości. Ten ciągły niepokój towarzyszy mi już od lat. To nie jest jedynie kwestia zmarnowanych trzech lat szkoły średniej, to jest kwestia zmarnowanych wielu lat życia i nieumiejętności zmiany tego stanu rzeczy. Czasami mam wrażenie, że nie jestem przystosowany do rzeczywistości, nie umiem się w niej poruszać, odnaleźć. Myślałem, że nowa szkoła, nowi ludzie, nowa rzeczywistość, że to wszystko pozwoli mi zmienić siebie. Jednak ze smutkiem muszę przyznać, że to się nie udało.
Teraz czekają mnie (mam nadzieję) lata studiów. Jednak teraz jest we mnie zdecydowanie mniej optymizmu niż w momencie, gdy kończyłem gimnazjum.
Boję się, że nie umiem przeżyć mojego życia. Nie umiem, bo go nie czuję.